Coś czuję, że depresja zaczyna się znów do mnie dobierać. W zeszłym roku zwalczałam ją systematycznie drinkiem po szkole, w tym raku ta opcja nie wchodzi w grę. Już wtedy były momenty kryzysu, ale zaczęło się to zdecydowanie później, bo gdzieś w lutym… A teraz mamy wrzesień i wiem, że nie wytrwam, jeśli teraz się poddam. A czuję, że nie będzie łatwo, bo mnie przytłacza to wszystko już. Może trochę wpływu miało na to rozstanie z Wikim, ale jednak to nie powód, żeby znowu pójść na dno i tracić kolejne lata życia, bo i tak jest ono za krótkie.

Dlatego postanowiłam wziąć się za siebie. Nie zważając na koszty. Rozpoczęłam od zmiany tapety na ekranie mojego laptopa (dokładniej: zrobię to po zakończeniu pisania tej notki i wklejania do niej megapozytywnych zdjęć). Mam zamiar ubierać się jak kobieta i czuć jak kobieta, bo to lubię. Mam zamiar umyć samochód, bo nawet do tego nie mogę się zebrać. Mam zamiar robić sobie zabiegi pielęgnacyjne na możliwie wszystkie części mojego ciała, żeby poczuć się atrakcyjnie. Mam zamiar pójść do dermatologa, patrz punkt wcześniej. Piękno to pewność siebie. Uznam, że jest to wymienne. Jeśli poczuję się piękna, poczuję się też pewna siebie i szczęśliwsza, bo nie ukrywam, że wygląd był i jest dla mnie niezwykle ważny (pomimo, że wypierałam się tego faktu przez długie lata). Zacznę czytać wartościowe książki, co w sumie nie będzie wielką zmianą. Zacznę się uczyć i czytać naukowe magazyny, bo nie ma nic seksowniejszego niż inteligentna kobieta. Zacznę wychodzić, robić sobie zajebiste weekendy z jedną osobą, zapadając się pod ziemię dla innych. Takie mam plany. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ale trzymam kciuki, żeby wyszło, bo inaczej może dojść do tragedii… i nie jest to hiperbola.