Poddaję się. Nie mam już siły walczyć. Wesołe piosenki nie pomagają, filmy z happy endem jeszcze bardziej dołują. Nie chce mi się wstawać z łóżka. Powinnam ładnie się ubrać i gdzieś wyjść; założyć szpilki i ściągać męskie spojrzenia. To pomoże, choć na chwilę. Ale jestem chora i nie mogę. Boję się, że po chorobie mogę już nie dać rady…
TO wraca. Ze zdwojoną siłą. I nie mogę sobie z tym poradzić. Do lekarza też nie mogę pójść. Bo co ja powiem? „Dzień dobry, czuję, że zaczyna mnie brać depresja.”? Bez sensu.
To taki potwór. Milion razy gorszy od tego w horrorach. Horror można wyłączyć. Życia nie przestawisz na inny kanał. Trzeba czekać. Trzeba walczyć.
Piszę w nadziei, że mi to pomoże. Może chociaż to. Może przeczytam za kilka tygodni. Zanalizuję. Sama się wyleczę. Wątpliwe. Ale wszystkiego muszę próbować. To nie jest wołanie o pomoc. Nie chcę, żeby znalazł mój pamiętnik czy włamał się na mojego bloga i uratował książę na białym koniu, bo w bajki już od dawna nie wierzę. Tak po prostu robię, bez większego celu. Czyli jak większość rzeczy w moim życiu.


Ostatnio tak ostatecznie wyleczyła mnie M. Wakacje 2009. Była ‚lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok’. Teraz lek okazał się trucizną. Nadzieja znowu zagrała mi na nosie; przy
była zgasić ogień, który wskrzesiła.
„Niebo miało piękny odcień błękitu, ale tuż nad nim wisiała wielka szara chmura. Typowe.”