Uważam, że życie jest krótkie i trzeba się nim cieszyć; wykorzystując je w pełni, wycisnąć z niego tyle, ile się da. Przeżywać wszystko mocno, aż do granic możliwości, nie zastanawiając się nad tym, co czeka nas w odległej przyszłości, nie bojąc się śmierci, bo, jak powiedział Epikur, „dopóki jesteśmy, nie ma śmierci, a gdy ona przychodzi, nie ma nas”. Należy pokonać największe lęki, które Epikur również określił: przed śmiercią, gniewem bogów (Boga), cierpieniem i niemożnością osiągnięcia szczęścia – bo to otworzy nam bramy do niego.

Oczywiście nie należy zbytnio szaleć, zatracając się w rozkoszy i ignorując wszelkie sprawy przyziemne i materialne – w pewnym momencie przyjdą problemy, które trzeba będzie rozwiązać; nie będąc na to gotowym, nie jesteśmy odpowiednio przygotowani do życia. Szczęście jest stanem, gdy łącznie radości przewyższą cierpienia, dlatego zanim zaczerpie się jakiejś przyjemności należy zanalizować, czy suma cierpienia wynikającego z danej przyjemności nie przewyższy jej samej.

Myślę, że nie da się osiągnąć pełni szczęścia, dystansując się do świata, otaczając murem, który ciężko potem zburzyć. Nie daje to możliwości wypalenia się i samorealizacji, a tylko w takim momencie możemy się czuć naprawdę spełnieni, co przedstawił Maslow w swojej piramidzie potrzeb. W pewnym momencie taka postawa może prowadzić do zobojętnienia i fakt, że smutki nie będą już dla nas smutkami, co jest, oczywiście, pozytywne, zostanie zbojkotowane przez negatywny fakt – radości nie będą radościami.

Prowadząc refleksje nad powyższymi problemami, prowadzimy jednocześnie wewnętrzną wojnę w poszukiwaniu granicy, którą Arystoteles zdefiniował jako ‘Złoty Środek’ – idealna równowaga.

„Szczęście leży w nas”, trzeba tylko znaleźć odpowiednią drogę do jej osiągnięcia.