Nauczyłam się kochać i nie bać zranienia. Spróbowałam i zostałam zraniona bardziej, niż mogłam sobie wyobrazić. Kochałam W bardziej niż kogokolwiek kiedykowiek wcześniej. Ale złamał mi serce, przez dwa miesiące się nie wyleczyłam z tej chorej miłości do niego. I nie wyleczę się już chyba. Mam wrażenie, że wszystko mu wybaczę, bo już wybaczam. Dogadywanie, wyzywanie mnie, śmianie się ze mnie, ignorowanie, poniżanie. Tak zwane żary, ale często tak bolesne, że chce mi się płakać. Stają mi łzy w oczach, a głos uwięza w gardle, a On mówi, że mam focha. I już nie wiem jak wytłmaczyć, że to boli, bo Jego odpowiedzią jest, że nie rozumiem. To Ty, kochanie, nie rozumiesz. Że ranisz mnie codziennie, a ja nie potrafię Ci tego powiedzieć w obawie, że Cię stracę. I nie potrafię od Ciebie odejść, chociaż ściągasz mnie na dno. Do tego stopnia, że obwiniam siebie za Twoją złość. Zaczynam wierzyć w to, że jestem nic nie warta, beznadziejna, że nie potrafię nic. Że jestem głupia i niemyśląca. Beznadziejna w łóżku i ciężka w życiu. I pisząc to mam łzy w oczach, a serce ściśnięte bardziej niż ze strachu przed pierwszym razem. Ale nie potrafię powiedzieć dość, przestań. Mój przyjaciel powiedział, że znęcasz się nade mną i łamiesz mi psychikę. Bardzo możliwe. Ale za bardzo Cię kocham, za bardzo… Związek z jednostronną miłością nie ma sensu. NASZ związek nie ma sensu. Nie potrafię odejść.