Ja wiem, że jestem blisko śmierci. Może nawet bliżej niż kiedykolwiek byłam. Ale czy to znaczy, że słowo śmierć mam słyszeć 13 razy dziennie?
Biedny Wiktor. Znosi pokornie moje fochy, smęty, wahania nastrojów, dziwactwa, zazdrości. Nie radzę sobie ze sobą i wszystko przelewam na Niego. Całą swoją złość, niepewność.
Mam już dość. Słowo „białaczka” wykrzyczę zbudzona w środku nocy. Środek mojej nocy jest nad ranem, bo do późna nie mogę zasnąć. Próbuję. Nie mogę. Nie mówię już o tym nikomu, bo to i tak nie ma sensu. Nie chce wszystkich dodatkowo martwić. Nawet mojej Miłości o tym nie mówię. Wystarczająco dużo ze mną przechodzi.
Jest źle.Tysiące tez, dziesiątki lekarzy oglądających moje kolejne dziwaczne wyniki. Nikt tak naprawdę nie wie co jest. Stawiane są kolejne teorie. Chłoniak, białaczka, tarczyca, HIV. Dużo tego. Ale nic poważnego.
Może czasem mam ochotę umrzeć. Żeby nie czuć już tej niepewności, bólu. Bólu macicy, szyi, pleców, strasznego bólu głowy, który jest nie do zniesienia. Ale żyję dla Niego. Jest takim celem, dla którego wogóle włóczę się po specjalistach. Mam nadzieję, że dotrzyma obietnic. Nie zdradzi, nie zrani, oświadczy się niedługo. Chcę być Jego jedyną, Jego żoną. Ale strasznie boję się zranienia… I boję się że nie wytrzyma. Moich problemów. Tego, że mimo iż nie chcę, dalej na niego krzyczę i jestem wredna. Że nie chcę się kochać, choć nie wie, jak bardzo mnie to zwyczajnie męczy. Serce mi nie wytrzymuje… Jest cudowny, wznosi mnie do nieba, a przeze mnie myśli o sobie jak o dnie. Zabija mnie to. To, że nie mogę mu pokazać jaki jest wspaniały. Jak Go kocham. Boję się okazać uczucie, żeby mnie tym nie zranił bardziej. Żebym znów nie wyszła na idiotkę. Boję się, że nie wytrzyma moich chorób. Tego, że muszę cały czas być w domu, a on przy mnie. Jest wspaniały, naprawdę. Nigdy bym nie pomyślała, że Wiktor potrafi taki być.
Przecież chciałam śmierci. Czyżby w końcu się udało? I to w momencie, w którym znalazłam sens życia, czyli W? Kiedy chcę żyć dla niego? Kiedy planujemy wspólne życie, dom, dziecko?
Dobijam się papierosami. Nie wiem dlaczego. Przynosi mi to ulgę.
Patrzę na swoje sznyty. Stare blizny i świeże trzy kreski. Delikatne, zaraz się zabliźnią. Ale zawsze tak to wygląda. Kilka raz. Potem znów, za kilka tygodni. Potem za kilka dni i później codziennie, coraz głębsze, mocniejsze.
Już niepokojące jest to, że wogóle wracam do bloga. Jest moim przyjacielem na nieszczęście, na złe dni. Jestem szczęśliwa, ale tylko przy Nim, przy panu Szewczyku. A tak ogólnie? Ogólnie nie mam siły, przytłacza mnie wszystko. Szkoła, diagnozy, ból, samopoczucie. Nie poznałam siebie w lustrze. Nie poznaję. Jestem jakaś inna. I nie wiem czyja to wina. Jestem zmieniona. I to bardzo.
NIE RADZĘ SOBIE ZE SOBĄ.
Nie wiem co czuję, nie umiem tego opisać.
Strach, gdy zasypiam. Strach, czy się obudzę.
Strach, że Go stracę. A bez niego bez sensu nawet będzie moje leczenie.
Strach, co będzie dalej.
Moje życie jest strachem. Chciałabym zanurzyć się w Jego ramionach i zniknąć. Ale nie mogę.