uks blog

Twój nowy blog


Powinnam iść do szpitala. powinnam, bo nie wyleczę się sama. Ani nawet z pomocą tych lekarzy.
Dostałam skierowanie do szpitala psychiatrii i neurologii, Bo pani doktor stwierdziła, że po trzech miesiącach intensywnego leczenia ambulatoryjnego nie ma efektów. Wiem. Ja też to widzę. Ale nie chciałam iść. Jak to brzmi: „Gdzie byłaś przez ten rok, kiedy Cię nie było?” – „W szpitalu psychiatrycznym”. Ja wiem, że to nie oddział dla wariatów. Tylko dla anorektyczek, bulimiczek i depresjonistek. Ale czy to nie robi z nas wariatów? Właśnie to, że nie potrafimy poradzić sobie sami z sobą? To, że nie jesteśmy w stanie siebie odnaleźć? Czy to nie jest szaleństwo?
Nie wiem. Wiem, że może doprowadzić do szaleństwa.
Obejrzałam wczoraj świetny film. Smutny, ale świetny. „Przerwana lekcja muzyki”. O dziewczynie, która wylądowała w psychiatryku. Też z depresją. Tak bolało jak oglądałam, bo wiem, że ja też powinnam się tam znaleźć. Widziałam siebie zamiast niej. Mówiła moje myśli. To było… dziwne. Przerażające. Dotarło do mnie, że tam rzeczywiście mogliby mi pomóc. Jej pomogli. Choć z drugiej strony wydaje mi się, że to niemożliwe. Bo co sprawi, że odnajdę sens w życiu? Rozmowa? Tyle rozmawiam. Nie widzę przyszłości dla siebie. A jednak chciałabym być taka jak dawniej. Wesoła, żyjąca z minuty na minutę, nie przejmująca się przeszłością, szczęśliwa z samego faktu, że jest jak jest. Po prostu i bez większych pytań filozoficznych. Akceptująca wszystko i wszystkich. A coś mi nie wychodzi. Wiem, że nie mogę teraz się zabić. Bo mama miałaby kłopoty. A jeśli mam żyć… Po co mi TAKIE życie? Tak bardzo ciężkie, potworne. Kiedy boli każdy uśmiech, każde słowo. Kiedy nie chcę nic mówić, nikogo widzieć, a jednak wbrew sobie gadam i gadam, żeby wyglądało wszystko normalnie. Znowu udaję, że się śmieję. Mówię, że jest lepiej. Żeby wszyscy dali mi spokój. Ale po co? Ile tak wytrzymam? Wytrzymywałam długo, ale przede mną całe życie, całe życie mam tak udawać? Jak żyć? Co zrobić, żebym była szczęśliwa?
Dziś moimi największymi marzeniami są trzy rzeczy. A właściwie dwie, bo jedna z tych dwóch chyba może dać mi szczęście. Chciałabym mieć dziecko. Naprawdę. Kogoś, dla kogo miałabym żyć. A jak nie to kota. Dziecka na razie nie mogę mieć ze względu na wiek, mama nie chce zaadoptować ani „zrobić” mi siostrzyczki. Więc zostaje kot, którego też nie dostanę, ponieważ mama twierdzi, że mi się znudzi. Tak jak szynszyl. Tylko ona nie rozumie. Chcę mieć zwierzątko, do którego będę mogła się przytulić, wypłakać, wziąć na kolana. Szynszyla nie mogę. Gryzie ucieka. Nie okazuje uczuć. A poza tym… to był pewnien epizod, który obrzydził mi go. A więc z mojgo szczęścia nici.


Czy jest kompletnym brakiem granic? Czy może stanem tzw. „wolności narodu”? A może możnością mówienia, co się myśli?
Tak naprawdę przecież nawet w momencie wolności nie do końca możemy mówić co myślimy. Często z powodów moralnych (aby kogoś nie urazić), ale również dlatego, iż możemy być pozwani o pomówienie, zniesławienie itp. Jest jeszcze jedna możliwość. Mimo, że nie jest to zgodnie z prawem, możemy być przez nasze poglądy pobici, zlinczowani itp.
Mówi się: „żyjemy w wolnym kraju”. Ale i tak są na nas nałożone różne zakazy, nakazy itd. Oczywiście są potrzebne, inaczej zapanowałby chaos, ale jednak istnieją. Nie wszystko nam wolno.
WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA KOŃCZY SIĘ TAM, GDZIE ZACZYNA INNEGO.
A może wolność jest wiatrem, możliwością posiadania go we włosach, biegania z nim? Może jest stanem wyzwolenia duszy? Może odzywa się przez artystów, którzy wyrażają siebie przez swoje dzieła?
W gruncie rzeczy ciężko jest odkryć siebie, zajrzeć w głąb, zobaczyć co i jak, pobyć po prostu sam na sam ze sobą samym. Więc to jest duże osiągnięcie, może właśnie to jest wolność.
Może jest obcowaniem z naturą. Z roślinami i zwierzętami.
Może jest wszystkim.



Wolność
Wolność ma zapach wiatru
i Twoich włosów w pęk związanych
Smak ma bliżej nieokreślony
może coś jak słodycz wanilii
z pocałunkiem i deszczem zmieszany
Podobna jest do ptaka
albo do chmury
do mgły
do nieba
albo do skrzydeł Anioła.
I wiesz co robi wolność?
Wciąga Cię, zaprasza, woła ….
A Ty?
Biegniesz do niej
lecisz 
rozkładasz silne ramiona
depczesz progi
łamiesz granice
wciąga Cię je istota niezwykła  
nieokreślona
nieskończona
Czy lekko Ci z nią?
Czy do twarzy?
Zobacz sam wolny Człowieku
Jak ciężka jest
Jak dużo waży
I na nic nie zdadzą się silne ramiona 
ni skrzydła
ni lekkie dłonie
Wolność Cię wciąga
Wolność
Czujesz?
Twój świat tonie.
(autor nieznany).

 


Już czternastego lutego walentyki. Ale w gruncie rzeczy – co to za święto?
Moim zdaniem to komercycjne święto, które zostało wymyślone w celu marketingowym. Jest za duża przerwa pomiędzy dwoma świętami, na które kupuje się dużo gadżetów, czyli Bożym Narodzeniem a Wielkanocą.
Miłość i czułość powinniśmy okazywać sobie przez cały rok, a nie tylko w ten jeden dzień.


Miłość kosztuje? Na pewno. Ale nie o to chodzi. Jeśli się kocha, to nie powinno się liczyć pieniędzy. Miłość jest bezcenna. A kwiaty, prezenty to tylko drobne gesty, by pokazać miłość.
Lecz nie powinny być jedynymi, które wykonujemy, aby udowodnić nasze uczucia. Powinny być uzupełnieniem, a nie głównym aktem. Ich brak też nie może być w jakiś sposób wytykany. Owszem, lubimy takie słodkości od bliskiej osoby. Kiedy jednak ktoś nie ma możliwości dawania, nie można tego wymagać. Zawsze muszą być doceniane te ciepłe słowa i czyny, przytulenie, pocałunek. Choć tak mało kosztują, znaczą przecież tak wiele.


Straszny dzień dzisiaj. Bo mi się film urwał. Dokładniej było to tak. Jak jechałam już do sql to mi się zaczęło tak dziwnie w nogach robić… Tak jak wtedy, gdy traciłam władzę. Ale teraz nie straciłam chyba… Właśnie. Chyba. Ostatnie co pamiętam to jakieś roześmiane dziewczyny, które szły do sql. I później gabinet pielęgniarki. Podobno chodziłam, rozmawiałam, owszem byłam słaba, nie mogłam zbyt dobrze się ruszać, ale jakoś funkcjonowałam… Ale nic nie pamiętam. Nic. To strasznie dołujące. Straciłam dwie godziny życia.


Nie rozumiem co kościół ma przeciw zapładnianiu in vitro. Jeden ksiądz mi tłumaczył, że nie przeciw samej metodzie, ale finansowaniu przez rząd, gdyż barkuje pieniędzy na pomoc już istniejącym dzieciom chorym. Nie powinien więc wydawać pieniędzy na, przepraszam za wyrażenie, „produkcję” dzieci. Z tym się zgadzam. Tylko niestety to nie tak jest tłumaczone przez episkopat. Nie zgadzają się. I tyle. To wbrew zasadom. Tylko czym są zasady i gdzie one są, kiedy kobieta nie może mieć dziecka? Albo mężczyna? Gdzie są te zasady? – pytam. Przecież adopcja to nie to samo, co dziecko noszone pod sercem.
Na lekcji religii, kiedy omawialiśmy ten temat, katecheta powiedział: „Mężczyźnie nie robi to różnicy, czy dziecko jest adoptowane czy z probówki. I tak nie jest jego.” Ale co z kobietą? W której to dziecko żyje przez dziewięć miesięcy. W której rośnie i rozwija się. Dla którego musi wyrzec się wielu rzeczy, by mu nie zaszkodzić. Ciąża jest szczególnym czasem. W jej czasie i kilka tygodni po narodzeniu wytwarza się najsilniejsza więź pomiędzy matką a dzieckiem. Jeśli mężczyzna kocha kobietę, powinien to dla niej zrobić.
Niektórych nie stać na in vitro. Jeśli kobieta jest płodna, a mężczyzna nie, jest jeszcze jedno wyjście…
Zapładnianie przez obcych mężczyzn. Płaci im się za to, aby przespali się z daną kobietą. Fakt, niezbyt przyjemne dla męża. Ale to tylko jeden raz. Jeden. Jeśli są w stanie znieść to, myślę, że zniosą wszystko. Dla tych Panów jest to tylko sposób na życie, zarabianie pieniędzy. Aczkolwiek są potrzebni. Bo wiele par, a czasem kobiet samotnych, które pragną mieć dziecko, są ostatnią deską ratunku. Niektórzy niezgadzają się z tą metodą (a już na pewno nie kościół. Ale ten lubi się przeciwstawiać.), ale trzeba postawić się na miejscu takiej kobiety. Żyjącej w związku lub samotnie. To nie ma znaczenia. Dziecko jest dla niej najważniejszą osobą, a raczej będzie, kiedy się urodzi. Jest jej potrzebne, by nadać sens jej życiu, cel, jest osobą, na którą może przelać całą miłość. Nie odbierajmy jej tego.


Nie wiem co się dzieje, ale mam świetny humor:) Choć… w sumie to wiem. Leki. Takie na lepszy humor. Czyli na depresję.
Ale wolę nie odbierać tego w ten sposób. Nie chcę się w to zagłębiać. Ważnę, że znowu się śmieję:D
Dostałam dziś piąteczkę z historii;D Normalnieee;D Zaskok;) Bo JA i PIĄTKA z HISTORII???? To dosyć nieprawdopodobne. A jednak;) Udało się;)
Poza tym wszystkim jutro piątek, potem weekend, jadę do Oli,xD
DA! Zapomniałam;) Turab. Tak, ten co podpalił włosy koleżance. To ze mną znów wracał. Nie za bardzo wiem, jak się od niego uwolnić. Bo… Nie jest taki zły, ale nie chcę sobie psuć opinii… Zaraz się zacznie, że ja też pewnie palę, piję, ćpam itd. Więc, wolę tego uniknąć. Już mi wychowawczyni zwróciła uwagę… Nie chcę, żeby jeszcze raz nas zobaczyła…



Wiem, że niektórzy pewnie myślą, iż jestem głupia skoro się chciałam zabić. Mówią: „Przecież inni mają większe problemy”. Owszem, mają. Tylko Ci, którzy potrafią tyle o tym mówić nie rozumieją, że to jeszcze bardziej boli. Nie widzę sensu w życiu. To jest ten problem. A nie to, że świat mi się zawalił. Ciężko mi wyjść z domu. Więc męczy mnie tak naprawdę każde wyjście do szkoły, sklepu czy gdziekolwiek indziej. Nie rozumiem, po co mam się męczyć skoro i tak umrę. Nie widzę sensu w tym męczeniu. A to, że inni mają większe prolemy jeszcze bardziej mnie dobija. Bo nie potrafię im pomóc. Nie mogę. Jestem bezradna. Bezużyteczna. Nikomu do niczego potrzebna. Okey. Zaraz ktoś powie: a Twoja mama? Tylko problem w tym, że jej tak naprawdę też nie jestem niezbędna do życia. Świetnie poradziłaby sobie beze mnie. Może nawet lepiej niż teraz. Tak, wiem, puste gadanie. Tylko, że ja tak czuję. Naprawdę. I żadne słowa tego nie zmienią. Lekarz mówi: jesteś potrzebna. Z tym, że to są właśnie puste słowa. Slowa, które nie zmienią mojego myślenia. Nie dadzą rady przeprowadzić mojej psychiki na inny tor. Tak samo powtarzanie codziennie w lustrze: jesteś ładna, jesteś fajna, jesteś gwiazdą nie jest sensowne. Bo co z tego, że tak mówię, skoro serio tak nie myślę?
Zdaję sobie sprawę, że kiedyś wyjdę z tego stanu. Będę wesoła, szczęśliwa, nie będę o niczym myślała. Już teraz czasem tak jest. Tak beztrosko. Ale tylko czasem. Potem wracają złe myśli, złe samopoczucie, znowu nic mnie nie śmieszy… Bardzo bym chciała, żeby było inaczej. Bardzo. I wiem, że jak już wyjdę z tego stanu, to będę myślała: „Ile ja czasu zmarnowałam. Przecież życie jest tak piękne i tak potwornie krótkie”. Ale nic nie zmieni faktu, że dziś wydaje mi się, że nigdy tak nie powiem. Tak już jest. Istnieje różnica między tym co WIEM i tym co CZUJĘ. Ale dobrze przynajmniej, że zdaję sobie sprawę z tego co WIEM.
Pomaga mi to w wielu sytuacjach. Na przykład jak mi się podoba jakiś chłopak, a ja mu nie itp. to łatwiej mi o nim zapomnieć. Na ogół następnego dnia już jest okey. Bo WIEM, że zapomnę i łatwiej mi to POCZUĆ. Takie to trochę skomplikowane, ale jednak. To jak prawo zachowania siły. Niby jest, ale przez tarcie w przyrodzie nie jest takie samo w każdej sytuacji. Tak tutaj. WIEM przeszkadza CZUĆ i dlatego nie jest najłatwiej. Ale wierzę, że będzie.





Nie będę pisać nic o sobie, aby się przedstawiać, mówić ile mam lat itd. bo to bez różnicy. Nikomu to nie jest do życia potrzebne. A poza ty jeśli ktoś czyta bloga to się zorientuje jaka jestem. Mam dość pisania o sobie.
Ostatnio na informatyce mieliśmy takie zadanie: napisz o sobie 20 zdań i wyślij mejlem. Jak w podstawówce. Wszyscy wysłali w trzy minuty. Tylko z napisaniem było gorzej. No bo jak wymyślić 20 zdań o SOBIE?? O kimś można. Ale o sobie jest ciężej. Ciężej jest zajrzeć w głąb siebie i zastanowić się: kim naprawdę jestem?
To mi dało znowu do myślenia. Kim ja jestem?
Na zewnątrz udaję, że weim czego chcę, jestem odważna, pewna siebie i zdecydowana. Silna i twarda. Szczera i prawdziwa. Nigdy nie płaczę przy ludziach. Nie pokazuję złych uczuć. Jestem niepoprawną optymistką. A wewnątrz mała dziewczynka kuli się w sobie i cichutko łka. Boi się całego tego zwariowanego świata, tego zgiełku, pogoni, tak naprawdę nie wiadomo za czym. Boi i się, że i ona zacznie gonić. Albo że nie nadąży. Że jej wrażliwe serduszko skamienieje. Że nie poradzi sobie ze wszystkim. Że zrobi coś źle i straci przez to przyjaciół. I przez to ich traci, bo z tego strachu i pani coś zepsuje.
Zawsze mówiłam (i nadal mówię), że chcę być kardiologiem dziecięcym. Tylko czy naprawdę tak jest? przyzwyczaiłam się do takiego mówienia. Jest wygodniej. Kim chcesz zostać w przyszłości? Lekarzem. Dlaczego? Chcę pomagać ludziom. Tak zawsze jest. Tylko nie wiem tak naprawdę czego chcę. Nie wiem czy dam radę patrzeć na umierające dziecko. Które przecież nic nie zrobiło. Jest takie niewinne. Nieświadome. Ufne. Wierzy w dobry świat i w dobrych ludzi.
Ja właśnie zobaczyłam, ze tak nie jest. Że świat nie jest wcale taki dobry, że ludzie myślą tylko o tym by im było lepiej. Że nie zważają na to, co się dzieje obok nich. Nawet, jeśli dzieje się coś strasznego. Wolą nie widzieć i myśleć, że tego nie ma. Ale zło istnieje. Pod różnymi przykrywkami, nazwami, ale istnieje. I musimy go zauważyć, żeby z nim walczyć. Inaczej sami mu ulegniemy.


Musiałam zmienić bloga, bo za dużo osób znało tamten adres, a poza tym się zacinał;) Mam nadzieję, że nie będzie tutaj problemów.xD


  • RSS
  • RSS