Wszystko jest jakby lepiej. Nie tnę się. Nie chcę umrzeć. Nie zależy mi nażyciu, ale na śmierci też nie. Mam wyjebane na większość spraw. Zawsze jakoś to będzie, bo jakoś być musi. Nie wiem, czy dobrze, że się tak zmieniłam. Bo nie mam już tak ambitnych planów. Ale przynajmniej czuję się lepiej.
Uczę się kochać. Nie bać skrzywdzenia. Angażować się we wszystko całą sobą.
Uczę się płakać. Nie myśleć, że wtedy jestem słaba. Bo jestem i nic tego nie zmieni. A już na pewno udawanie przed sobą.
Uczę się być szczęśliwa. Po prostu i bez żadnych powodów.