To pomaga. Nie wiem jak. To akt autodestrukcji. Masochizmu. Potworny. Bolesny.

Pozwala przelać ten ból psychiczny na fizyczny. Łatwiej sobie poradzić z piekącą ręką niż poczuciem winy. W jakiś banalny, paradoksalny i niepojęty sposób pozwala go tam zostawić, w tej sznycie. Wymywa go krew.

Nie tnę się dla zasady. Bo tak robią emo. Albo z innych idiotyczny pobudek. Po prostu za ciężko jest mi sobie poradzić z tym wszystkim. A najciężej z samą sobą. Robię rzeczy, których żałuję. I jednocześnie nie żałuję.

Ciężko to wytłumaczyć.

Tak jak niektórym pomaga krzyk. Innym bicie kogoś. Tak mi to. I, moim zdaniem, jest najlepszym z tych sposobów, bo niszczę tylko i wyłącznie samą siebie…